czwartek, 23 listopada 2017

Odrębności

Fandom: Yowamushi Pedal
Pairing: (One-sided) Miyahara & Manami Sangaku, Manami Sangaku/Teshima Junta
Rodzaj: Fanfiction; miniaturka
Gatunek: Tutaj miałam naprawdę duży problem, bo za fluff tego przecież nie uznam, więc niech będzie light angst
Ostrzeżenia: Jednostronna miłość
Inspiracja: klik
______________________________

Miyahara miała to do siebie, że nawet jeśli ciągle wyrzekała się uczuć do Manamiego, w głębi serca i tak doskonale znała prawdę. W końcu szepty podświadomości słyszane od razu, kiedy tylko uchylała powieki przy pierwszych promieniach słonecznych, utwierdzały ją w przekonaniu stabilności emocji szargających delikatnym sercem. Widziała najlepszego przyjaciela w każdym nabieranym oddechu, nieobecności w szkole, jedynce z najnowszego testu i wcześniej nic nieznaczących wzgórzach, wybijających ponad gęste, japońskie lasy. Teraz nawet rowery postrzegała inaczej, często też forsowała się w bliższe poznanie nieistotnego dotychczas świata kolarstwa.
Nie lubiła tej szybkiej, szaleńczej jazdy, pisku opon o asfalt i ryku podekscytowanego tłumu; pot przylepiający ubrania do ciała wprawiał ją w odruchy wymiotne, natomiast marnowane zasoby wody przy każdym nieuważnym upuszczeniu butelki przyprawiały o zrezygnowanie. Mimo to gdy Sangaku pojawiał się znikąd w gracji towarzyszącego mu wiatru i skupiał błękit własnego spojrzenia wyłącznie na oczekującej trasie, Miyaharę przechodziły dreszcze.
W tamtych chwilach podwójnie rozumiała znaczenie bycia spychaną na dalszy plan, bo jak nigdy stawała się niewidoczna, utkwiona między dopingującymi fanami, smagnięta skrawkiem przechodzącego przeciągu; słyszała ciężkie bicie serc zwartych w jednym rytmie, słyszała te myśli przepełnione wiarą w siebie, towarzyszy, chęcią wygranej. Coś, czego nigdy wcześniej i nigdy później nie zasmakowała – Sangaku należał do całości, naturalnie niczym samoistnie utorowany nurt rzeki, poruszał się z gracją, wyważonym wytchnieniem i uśmiechem czystszym od bezchmurnego nieba w środku najgorętszego dnia lata.
A ona obserwowała z ubocza, ściskając między palcami klęskę kolejnej z rzędu próby nawiązania kontaktu: bo ich ścieżki tragicznie w swej oczywistości mijały się wzajemnie, nie dając choćby cienia szansy dla minimalnego otarcia. Pędził przypominając zachwycającego dumą sokoła – stawał się zupełnie inną osobą, i gdy Miyahara tak na niego patrzyła, nie widziała więcej wiecznie ospałego, dumającego w obłokach Manamiego, który przez większość dzieciństwa rozchorowany zajmował łóżko, lecz przepełnionego potrzebą ataku drapieżnika bezlitośnie przywłaszczającego nawet najmniejszą górę. Wspinacze bali się jego aury, nieprzewidywalności oraz słynnych anielskich skrzydeł, służących za atak wykańczający.
Myślała, że przynajmniej po przekroczeniu linii mety, nabraniu potrzebnego haustu powietrza i uspokojeniu żył wyniszczonych zatrważającymi dawkami adrenaliny, nadejdzie jej czas. Czas, gdy przywita go z otwartymi ramionami, pogratuluje wygranej, jednocześnie pokazując nieśmiałą akceptację co do dzikszej, nieznanej dotąd twarzy.
Dlatego w pośpiechu przeciskała się przez kolejnych kibiców, z przejęciem pilnując niesionej torby, a dostrzegając fragment niebieskich włosów poczuła serce między dłońmi, gotowa oddać każdy skrawek właśnie w te ręce, które objęły ciało innej osoby.
Powoli przestała poruszać nogami, oddychać chyba również przestała – przed oczami miała tylko dwie złączone sylwetki, zatapiające się we własnych spojrzeniach z uczuciem tak głębokim, że uznała własne emocje za śmieszne, szczeniackie zauroczenie. Napotkana więź już na pierwszy rzut oka biła nieprzerywalną linią bezgranicznego zaufania i czegoś piorunująco niewinnego; nawet smakując zawiści, nie miałaby sumienia tego niszczyć.
Szacunek bijący z komplementowanego Sangaku został najpiękniejszym widokiem, jaki ujrzała, natomiast uśmiechnięty od ucha do ucha brunet jawnie się droczył, wstawiając w swoje wypowiedzi zaczepne komentarze.
– Zrobiłem to, Teshima-san – wydyszał, opuszczając powieki. Oparł czoło o klatkę piersiową absolwenta Sohoku, po chwili wyczuwając dobrze znane ciepło ramion wokół pasa.
– Zrobiłeś to, Manami.
I nie tkwiło w tej scenie nic dziwnego, bo nawet Miyahara wbrew woli szarpnęła oddechem z zachwytu, błyskawicznie zakrywając usta. Nigdy wcześniej nie spotkała mężczyzny stojącego w miejscu, w którym stać chciała ona, ale obserwując zachowanie Sangaku, wszystko było na swoim miejscu, w idealnym porządku. I ona była: przyjaciółka wiecznie sprowadzająca go na ziemię, pilnująca jego ocen oraz roztrzepanego zachowania, co nawet nie usłyszy o wygranej z dzisiejszego wyścigu, bo przecież ich nie lubiła, a jeśli tak czy siak przyszła patrzeć, to sama dowiedziała się wyników.
Ich ścieżki nigdy choćby w najmniejszym stopniu nie otrą się o siebie; mogła tylko obserwować z boku, zaakceptować lub utonąć w rozgoryczeniu. Cokolwiek by wybrała, jedno pozostawało niezmienne – Manami jej nie dostrzegał, a już na pewno nie w świetle, w jakim chciała zostać zauważona.




wena strzeliła mnie w twarz w połowie jajecznicy i miałam do wyboru albo dokończyć śniadanie i pozwolić myśli wyparować, albo walić posiłek i uciec do pokoju otworzyć dokument. wybór był prosty: wzięłam talerz ze sobą i dojadłam w trakcie pisaniny. :D
nie cierpię, gdy w takich momentach zostaję trafiona, ale nic nie mogę na to poradzić. słuchając tej konkretnej piosenki od bts po prostu zobaczyłam scenę zawiedzionej Miyahary i nie mogłam odpuścić. to taka angstowa dziewczynka, crushująca na niewłaściwym chłopcu; mam nadzieję, że kiedyś znajdzie swoją drugą połówkę pomarańczy. :3
CREATED BY
MAYAKO
RENDERS: 1,2