środa, 30 listopada 2016

Prolog

Hej.
Ruszam z kolejna nowością – bo tak. Bo zachciało mi się rozbudowanego angstu. Będzie to fik do Haikyuu w klimatach youkai au.
Opowiadanie zamierzam podzielić na kilka aktów pisanych z perspektyw różnych postaci. Spodziewajcie się kanonu, jak i jego braku.
Mam trochę rozdziałów na zapas, więc jest dobrze. Po więcej szczegółów zapraszam do odpowiedniej zakładki.
Miłego czytania.
______________________________

Zakrztusił się krwią, po chwili spluwając na wilgotny chodnik.
Zmarszczył czoło, zjeżdżając plecami po ścianie budynku, i zacisnął usta w wąską linię. Stęknął głośno, uderzając potylicą w obdrapane cegły bloku. Lewą rękę przyłożył do postrzelonego biodra; karmazynowa ciecz wciąż nie przestawała płynąć.
W spazmach przeszywającego bólu sięgnął do obtartych dżinsów – z tylnej kieszeni wyciągnął czarną komórkę. Włączony wyświetlacz oświetlił mu twarz niebieskim blaskiem, gdy wybierał odpowiedni numer w książce kontaktowej, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Widoczne przerażenie oraz dreszcze wstrząsały całym jego ciałem.
Kiedy usłyszał tak dobrze znany sygnał oczekiwania na połączenie, niepewnie rozejrzał się wzdłuż ciemnej uliczki.
Odchrząknął, zaciskając piekące powieki.
Myślał, że cała czynność trwa wieki, a irytująca, zbyt głęboka cisza jedynie potęgowała niepokój muskający kręgosłup nieprzyjemnymi prądami ostrożności i nazbyt pobudliwej wyobraźni.
– Kunimi, odbierz – poprosił żałośnie, słysząc automatyczną sekretarkę.
Wstał na drżących nogach, zaraz jęcząc z bólu. Nadeszła pora dalszej ucieczki; zbyt długo stał w miejscu.
Nerwowym gestem przeczesał krótkie, srebrne włosy, wyczuwając pozlepiane końcówki. Przerwał połączenie, jednak nie schował urządzenia z powrotem.
Zamrugał kilkukrotnie, próbując odgonić wzbierane pod powiekami łzy, które utrudniały widoczność. Syknął, mocniej przyciskając dłoń do rany, by zatamować krwawienie. Granatowa bluza zrobiła się cięższa od wchłoniętych już płynów.
Zadrżał gwałtownie, usłyszawszy za plecami kroki; nagle ucichły. Spiął każdy mięsień, ignorując przenikliwy chłód przemoczonych butów. Rozchylił delikatnie usta, chyba chcąc coś powiedzieć, lecz krtań zatkała mu ogromna gula strachu i paraliżu, dostatecznie wysuszając gardło. Mimo że powietrze było przesiąknięte wilgocią – wokół panowało kilka stopni na minusie – czuł, jakby znajdował się na środku pustyni, gdy rozgrzane krople potu spłynęły po cerze, a przełyk coraz intensywniej żądał cieczy roszącej spierzchłe wargi.
Zacisnął palce na przydługich rękawach schodzonej bluzy, orientując się, iż pierwszy szok oraz częściowy paraliż mijają, pozwalając mózgowi przyswoić wszystkie zebrane informacje.
Przetarł oczy otwartą dłonią, powoli ruszając do przodu.
Zagryzając dolną wargę, skręcił w następną opustoszałą, ale zaśmieconą uliczkę, nie zmieniając kierunku nieprzemyślanej ucieczki.
Nagle ponownie usłyszał kroki. Ktoś znowu zaczął iść.
Szybko odwrócił głowę, stając tuż pod latarnią, by spojrzeć w osnutą mgłą ciemność.
Odgłosy chodu zbliżały się coraz bardziej, a ich echo, ocierając o zdarty tynk kamienic, dotarło do niego niczym huk wystrzeliwanego pocisku. Napastnik był znacznie bliżej, niż mu się wydawało.
U c i e k a j.
Nogi pierwsze odzyskały sprawność, gdy rzucił się wyczerpującym sprintem przed siebie.
Zacisnął powieki, mokre od krwi zmieszanej z łzami, machając jedną ręką wspomagająco i – o mało nie poślizgując się na wilgotnym chodniku – czym prędzej przebiegł pustą ulicę. Ponownie zadzwonił na poprzedni numer.
Teraz, w akompaniamencie szalonego oddechu oraz głośnych odgłosów za plecami, każda przerwa między sygnałami oczekiwania zdawała się trwać godzinami, brutalnie nie zamierzając przyspieszyć choćby odrobinę.
W oddali dostrzegł zarysy świateł, iskrzących dzięki przemieszczającym się sylwetkom ludzi. Przyspieszył na tyle, na ile mógł, chcąc jak najszybciej wniknąć w tłum tokijskich mieszkańców. Lekko dysząc, wyciągnął do przodu wolną dłoń, jakby zamierzając złapać w pięść uciekający wiatr.
Tym razem połączenie zostało odebrane.
– Kuni! – krzyknął, nim ktokolwiek po drugiej stronie zdołał się odezwać.
– Halo? – Usłyszał zdezorientowanego przyjaciela. – Haiba-san?
– On go zabił. – Głos mu zadrżał; nawet nie próbował opanować rozdygotanego ciała. – Zabił go – powtórzył szybko, jakby Kunimi miał dla pewności pytać, marnując cenny czas. – Teraz ściga mnie, słyszysz? Nie chcę umierać, Boże, nie chcę, naprawdę. Widziałem, jak uchodziło z niego życie. Nie może przytrafić mi się to samo. Nie może – plątał słowa, już nie zwracając uwagi na rzewne łzy, skapujące wzdłuż kości policzkowych.
– Haiba-san, gdzie jesteś?
Wreszcie konkrety: miał szansę ujść z tego starcia cało!
Właściciel kroków doganiał go coraz bardziej; niemal wyczuwał oddech wroga na karku, i co gorsza, napastnik wcale nie musiał biec, żeby do niego dotrzeć.
Z każdym ruchem był bliżej głównej ulicy.
Poczuł na twarzy dotknięcie pierwszych świateł bilbordów, usłyszał śmiechy nieświadomych niczego ludzi i klaksony pojazdów.
Zamknął oczy, ostatnie centymetry przeskakując, żeby z cichym okrzykiem wysiłku wpaść w tłum zdezorientowanych przechodniów.
– Z drogi! – charknął na wyczerpaniu, przeciskając się siłą. Potem szybko powrócił do rozmowy telefonicznej: – W tłumie, na szczęście. Chyba go zgubię. Jestem w Shinjuku, nie wiem dokładnie, w której części. Mam szansę, Kuni, naprawdę mam szansę!
Po chwili wrzasnął, gdy ktoś łokciem nieświadomie uderzył go w krwawiącą ranę, jednak ten odgłos zagłuszyła seria donośnych pomruków silników samochodowych. Skulony, omal nie upadł na wilgotny chodnik. Z trudem podtrzymał ciężar ciała na drżących nogach i, podpierając o zdegustowanych jego zachowaniem ludzi, ruszył przed siebie – byle najdalej stąd.
Zapachy budek z fast-foodami oraz niewielkich targowisk, jakby dopiero teraz dotarły mu do nozdrzy. Uliczne odgłosy wprawiły bębenki w silne drżenie, a para lecąca z podmiejskiej kanalizacji ściekowej przyozdabiała co poniektórych o mgliste zasłony dymne. Stęknął niemo, przepychając na boki zagadanych do aparatów telefonicznych mieszkańców dzielnicy, zbyt zabieganych, by nawet zareagować.
– Ruchy! – pogonił kobietę przy kości, podnoszącą z chodnika siatkę zakupów. Niechcący wdepnął w karton z mlekiem, który chciała chwycić, lecz nie zdążyła.
Wrzasnął równie głośno, co ona, kiedy rozkrzyczana żądała zwrotu pieniędzy.
Już zamierzał odszczeknąć, udusić ją, cokolwiek, byle tylko ruszyć do dalszego biegu, ale został pociągnięty w tył za kaptur bluzy.
Napastnik go dogonił.
Chuchał mu w kark.
– Och – wyskomlał Lev, sparaliżowany potężnym prądem przeszywającym cały kręgosłup.
Właśnie znowu poczuł strach.
W pośpiechu zaszarżował przed siebie, z rozmachem taranując otyłą nieznajomą i przewracając na kilku przechodniów. Czym prędzej zaczął wykonywać slalomy pomiędzy zagadanymi nastolatkami, dyskutującymi o najnowszych wyprzedażach, by zaraz wyminąć nieco niezdarnego biznesmena, który zbierał z chodnika porozrzucane dokumenty.
Z gracją atlety przeskoczył wielkiego doga niemieckiego, stojącego bokiem na całej szerokości przejścia. Zaraz jednak tego pożałował, kiedy, zręcznie lądując w pozycji kucającej, odczuł bolesne ukłucie w rozszarpanym biodrze.
Zaciskając usta, sięgnął po wypuszczony telefon i czym prędzej ruszył dalej, nie zważając na następne przeszkody.
Zmrużył oczy, wyłapując zejście do metra. Szybko skręcił ku przepełnionym schodom, mając nadzieję, że dobiegnie akurat na postój pociągu.
– Bóg istnieje! – krzyknął na wydechu, strasząc tym samym stojącego obok mężczyznę. W zaledwie kilku susach dopadł rozsuwane drzwi jednego z wagonów. Łapczywie nabierając powietrze, podparł się o pobliski uchwyt dla stojących pasażerów, w mgnieniu oka rozglądając naokoło.
Dostrzegł sylwetkę napastnika przy ostatnich stopniach metra.
– Kurwa – zaklął, desperacko zaciskając powieki.
Zamknijcie drzwi.
Już.
Teraz.
Natychmiast.
Nie pozwólcie mu, by...
Nagły wstrząs sprawił, że prawie upadł na kolana. Szybko podniósł głowę, otwierając oczy.
Nie oddychał. Nie dygotał.
– Haiba-san? – Zetknął opuszek kciuka z pękniętą szybką komórki, przerywając połączenie. – Jesteś-
Pojazd ruszył; koła obracały się coraz szybciej. Zniknęli w tunelu.
Usta Leva drżały: opuścił je histeryczny śmiech.
Śmiech, który rozbrzmiewał w niemal opustoszałym wagonie aż do następnego postoju.
Bo morderca zdążył wsiąść.
Czyli jednak umrę?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szczerze dziękuję za nawet najkrótsze słowa :)

Szablon wykonała Sasame Ka z Panda Graphics