środa, 21 grudnia 2016

1. Stąpając po kruchym lodzie

Melancholia (1/?)

Rajuśku, ale jara mnie ta historia. No, do rzeczy. Poniżej prezentuję Wam pierwszy rozdział Melancholii, a klimat z niego będzie utrzymywany przez całe opowiadanie. I więcej nie powiem, lubię zaskakiwać. O Prologu nie zapominajcie, jest dość istotny.
Mmm, to tyle.
Miłego czytania!
______________________________

Pomyśl o mnie czasem,
gdy zdmuchnę z ust twoich ostatni łyk celu życia.
Nie jesteś tu po to, by płakać.

Siedząc w taksówce i obserwując ciemne, burzowe chmury, myślał jedynie o kubku gorącej, miętowej herbaty.
Szaruga okryła cały nieboskłon, a porywisty wiatr targał włosami ludzi; migoczące w blasku neonów witryny sklepowe parowały z zewnątrz, maskując widok zamyślonych klientów. Im bliżej centrum, tym barwniejsze i żywsze zdawały się być dzielnice. Na ulicach nie widział już tylko brunetów: różnokolorowe głowy mieszały się ze sobą, natomiast ich właściciele zadziwiali nietypowym wyglądem. Choć na pierwszy rzut oka odstawali od reszty, nie ujmowali sobie gustu estetycznego oraz klasy – kreacje rodem z pracowni najsławniejszych projektantów falowały na ramionach przebiegających szybko pieszych. Modne marki samochodów zalewały ulice, będąc raczej częścią tej niezwykłej codzienności, a nie, jak w przypadku Asahiego, rzadkim widokiem.
Tokio zdawało się żyć własnym rytmem: mieszkający w nim ludzie karmili się tym blaskiem, energią, kuszącą niezależnością. Co rusz subkultury mieszano z innymi odłamami, tworząc nowe rozgałęzienia.
Stolica Japonii była piękna, powabna, lecz wchłaniała wszystko – nie zwracała niczego, imitując kosmiczną czarną dziurę. Nie przeżuwała i nie wypluwała resztek, wsysała w całości, zacierając wszelkie ślady.
To właśnie przytrafiło się Daichiemu.
Asahi nie wiedział czy robił dobrze; gdy pierwsze emocje opadły, a on zreflektował się, że faktycznie zakupił przez Internet bilet lotniczy w jedną stronę, czuł odrętwienie.
Siedząc w salonie na kanapie, obserwował panoramę porannego Melbourne. Wtenczas Australia kąpała się w Słońcu i skwarze, którego nie odczuwał otoczony kilkoma wiatrakami. Nie mając najmniejszego pojęcia, co tak dokładnie ze sobą zabrać, poszedł do sypialni i spakował najbardziej uniwersalne oraz podstawowe rzeczy. Po drodze do kuchni wziął też kilka nietypowych akcesoriów dla samoobrony, uważając jednak, by nie został przez nie zatrzymany podczas odprawy.
W ogóle nie myślał o czymś innym niż Daichi.
Zawsze stawiał przyjaźń na pierwszym miejscu, dlatego gdy Sawamura po raz pierwszy powiedział, że chciałby na stałe polecieć do Japonii i ułożyć sobie życie, nie protestował.
Nie zamierzał zostawać egoistą, zabraniając mu czegokolwiek. Istniały przecież szeroko rozwinięte drogi komunikacji: mogli widywać się przez Skype, mogli codziennie pisać do siebie na Facebooku. To nie oznaczało końca świata.
Daichi tryskał szczęściem, tylko to się liczyło.
Asahi nie miał z tym żadnych problemów – czuł oczywisty żal z powodu wyjazdu najlepszego przyjaciela, który był zawsze pod ręką, ale nigdy nie narzekał na brak znajomych i nawiązywanie nowych kontaktów. Należał do grona wesołych, szybko asymilujących się z otoczeniem osób; zawsze towarzyszyli mu dobrzy znajomi. Daichi jednak był tylko jeden, i nikt nie mógł zająć jego miejsca.
Początkowo nic złego się nie działo: dalej żył swoim życiem, codzienne wyjścia poza mieszkanie z Sawamurą zastępując całonocnymi rozmowami przez kamerkę internetową. Tokio i Melbourne dzieliła godzinna różnica czasowa, dlatego często zasypiał na poranne wykłady, bo zawsze pytał o porę, przez te chwile funkcjonując japońskim czasem.
Tak minął im rok, potem drugi, a nim zdążył się zorientować, dobijali do trzeciego. Dotąd ani razu nie odwiedził przyjaciela; obaj jakoś nigdy nie poruszali jeszcze tego tematu, poza jednym razem, kiedy Daichi dopiero się pakował i Azumane obiecał, że na pewno kiedyś wprosi się do niego na „imprezowanie po japońsku”.
Z początkiem stycznia zaczęły się problemy.
Sawamura podczas rozmów wydawał się nieobecny, mniej chętny do konwersacji, niż zwykle. Czasem długo wpatrywał się w jakiś niewidzialny punkt koło kamerki, by potem szybko się zreflektować i poprosić o kilka minut przerwy na posiłek. Asahi jednakże słyszał jego chyże kroki po całym mieszkaniu, nerwowe sprawdzanie wszystkich pomieszczeń, szmer opuszczanych kotar. Nie komentował tego zachowania, nie chcąc płoszyć przyjaciela i sądząc, że jeśli ten miałby mu coś do powiedzenia, sam by to zrobił.
I zrobił. Kilka tygodni później.
Nie wiedział, co poradzić wyraźnie zmęczonemu życiem Daichiemu, któremu wydawało się, iż ktoś nieustannie go śledzi. Nie znał japońskiego prawa, ale za najrozsądniejsze rozwiązanie uważał zgłoszenie sprawy policji. Stręczycielstwo na pewno było u nich karalne.
Sawamura tę radę zbywał, przez co Azumane uznał, że sytuacja nie była aż tak poważna, jak mówił.
Bardzo się pomylił.
– Już ci lepiej? – spytał pewnego wieczoru, poprawiając laptopa na kolanach. Twarz wyświetlana przez ekran była wyraźnie blada; odznaczała lekkie sińce pod oczami. Daichi jednak nigdy nie dbał o opaleniznę, choć zawsze miał bardzo ciemną karnację (co stawało się oczywiste w wiecznie słonecznej Australii), więc prawdopodobnie nie istniały większe powody do zmartwień.
Chłopak nie wyglądał na tak zmizerniałego jak jeszcze kilka dni wcześniej, dlatego Asahi z wyraźną ulgą odetchnął, tym bardziej, kiedy dostał energiczne skinięcie głową na potwierdzenie.
– Tak, dzięki, że pytasz – powiedział lekkim tonem, tym razem już nie rozglądając się nerwowo wokół.
– Dzisiaj jesteś sam? – podjął temat, obserwując ledwo widoczny korytarz za plecami przyjaciela. Ogólnie w całym pomieszczeniu panowała ciemność i dostrzegał Daichiego tylko dzięki światłu bijącemu od ekranu komputera. Ich rozmowy często przerywał dość głośny, ale wyglądający na całkiem sympatycznego, współlokator Sawamury. Czasem, przechodząc do swojego pokoju, rzucał jakimś wysmakowanym żartem albo specjalnie zadawał bardzo dwuznaczne pytania.
– Mhm. Lev wyszedł do salonu gier ze znajomymi – odpowiedział z wyraźnie wyczuwalną ulgą w głosie, na którą Azumane tylko parsknął krótkim śmiechem.
Tamtej nocy rozmawiali po raz ostatni.
Potem przestał odbierać od niego połączenia, nie odpowiadał na żadne wiadomości, nawet ich nie wyświetlał.
Asahi pozwolił mu milczeć dwa dni. Trzeciego postanowił działać.
A teraz, czekając aż taksówka zaparkuje na wolnym miejscu przy chodniku, zastanawiał się, co właściwie robić dalej. Wiedział, w którym mniej więcej bloku mieszkał przyjaciel, ale nie znał dokładnego numeru lokum, o kluczach czy kodzie na klatkę schodową nie wspominając. Skoro prawdopodobnie nie było go nawet w środku, nie mógł odebrać domofonu i wyjść na zewnątrz. Zresztą, gdyby to było takie proste, Azumane nie opuszczałby Australii...
Nagle zaczął żałować, że podczas tych wszystkich rozmów z Sawamurą, nie zainteresował się bardziej jego współlokatorem. Miał przecież do tego tyle okazji; mógł spytać, na której uczelni studiuje, czy w ogóle to robi, może gdzie pracuje lub jak ma na nazwisko.
Teraz znał tylko imię i przybliżony wygląd sylwetki, która parę razy mignęła mu w tle widoku z ekranu. On jednak nie myślał.
Gdy taksówkarz zaparkował, Asahi bez słowa podał mu odpowiednią sumę zapłaty, widniejącą na liczniku, po czym powoli opuścił pojazd. Odebrał walizkę i plecak z bagażnika, skinieniem głowy żegnając podeszłego mężczyznę. Przez chwilę obserwował odjeżdżający samochód, nim nie zniknął za rogiem ulicy.
Na szczęście kilka lat wcześniej zapisał jego obecny adres i dbał o to, by go nie zgubić. Przynajmniej był zapobiegawczy, a raczej – lubił wszystko chomikować, jak to kiedyś zgrabnie ujął Daichi.
– Mam nadzieję, że ludzie tu znają angielski... – szepnął do siebie, szczerze licząc na to, że nie będzie musiał używać japońskiego, z którego znał góra dwa, może trzy słowa, i to tylko dzięki przyjaźni z maniakiem wszystkiego, co azjatyckie. Słownikiem przecież niewiele wskóra.
Poprawiając rączki plecaka, przyjrzał się uważniej pobliskiemu budynkowi oraz okolicy – znalazł się raczej na przedmieściach po drugiej stronie Tokio. Na życie w samym centrum Sawamury nie byłoby stać.
Choć dzielnica wyglądała na mniej zamieszkałą, zdawał sobie sprawę, że to tylko pozory. Nadchodził kwiecień, nowy rok szkolny w Japonii (coś tam jednak o tym kraju wiedział po wszystkich rozmowach z Daichim), więc pewnie większość osób odbywała jeszcze wakacyjne wyjazdy i wycieczki. Gdzieś po drugiej stronie ulicy przeszła starsza pani z pudlem, klatkę schodową obok opuszczał prawdopodobny ojciec z kilkuletnią córką. Zza rogu wyłoniła się nagle grupka nastolatków – może już dwudziestoparolatków – a jeden kierował deskorolką.
Uwagę Asahiego przykuwał najbardziej właśnie on, i to nie przez rzecz, na której się poruszał; miał wpadające do oczu, jasnozielone włosy. Rozwiewał je psotny wiatr, a dolną połowę twarzy dodatkowo przykrywała czarno-biała chusta. Wyglądał, jakby koniecznie nie chciał, by ktokolwiek na niego patrzył, ale niezbyt dobranym kamuflażem (i mieniącym się kolorem fryzury) tylko zwracał większą uwagę.
Duszą całego towarzystwa okazał się ten najwyższy, idący przodem: gestykulował żwawo rękoma, bardzo głośno opowiadając jakąś historyjkę, może dowcip, bo grupka towarzyszących mu chłopaków ciągle śmiała się pod nosem. Nie miał pojęcia, wszystko odbywało się w języku Japońskim.
Wiedział tylko, że ta pięcioosobowa grupka szła prosto ku niemu, a mijający ich przechodnie szybko odsuwali się na bok, jakby roześmiani nastolatkowie rozpylali w powietrzu co najmniej wirusa grypy.
Asahi stał pośrodku chodnika, podpierając pośladki o ustawioną pionowo walizkę. Czuł powoli osiadające na karku zmęczenie oraz ciężkość powiek. Kilkugodzinny lot, a potem jeszcze dłuższa jazda taksówką przez całe miasto skutecznie go wymęczyły. Silne emocje i adrenalina również miały w tym swój udział. Dlatego nie zwrócił większej uwagi, gdy deskorolkarz zatrzymał się gwałtownie, a jego zdziwieni koledzy zrobili to samo dopiero dwa kroki później. Nastolatek stanął sztywno, wbijając w przygarbioną sylwetkę Azumane ogniste, pełne natarczywości spojrzenie. Patrząc na całą sytuację z boku, można by uznać, iż niewiele brakowało do uniesienia ręki i publicznego wskazania palcem.
Gaijin – powiedział tylko po dłuższej chwili napiętej ciszy, i teraz to nie jedna, a pięć par ciemnych oczu uważnie wpatrywało się w mocno skonfundowanego Asahiego.
Szatyn odruchowo poprawił plecak, pytająco unosząc brwi.
„Gaijin”? Co to znaczyło? Nie rozumiał tego słowa, Daichi o nim nie wspominał.
Właśnie, Daichi. Chwileczkę...
– Lev? – spytał zdumiony, z przypływu nagłej ekscytacji ponownie prostując nogi.
Dotychczasowy duch towarzystwa spojrzał na niego skołowany, widocznie albo nie zrozumiawszy skąd go znał, albo z kim pomylił.
Gdy Azumane dłużej przyglądał się tej twarzy, zauważał widoczne różnice, które przy pierwszym rzucie oka nie budziły żadnych wątpliwości, co do dalekowschodnich korzeni. Teraz widział wyraźnie, że to nie był Japończyk, przynajmniej w połowie – choć rysy szczęki miał bardzo podobne, niemal identyczne, zupełnie jak karnację, zdradzały go srebrne włosy i szerokie, zielone oczy.
Lev od Sawamury miał takie. Miał też bliżej niezapamiętany przez Asahiego, prawie dwumetrowy wzrost oraz subtelny, rosyjski akcent, który zdołał wyłapać po późniejszym pytaniu:
– Wybacz, znamy się?
Dzięki czemu śmiało mógł stwierdzić, że tak, znali.

A/N
Dziękuję za przeczytanie.
Byłoby mi bardzo miło, gdybyście opisali swoje wrażenia w komentarzu. ♥

6 komentarzy:

  1. Genialne!
    Jako, że jestem po męczącym dniu, nie mam zbytnio weny na pisanie komentarza.
    Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić, to jest to, że bardzo często powtarzałeś ich imiona.

    Pozdrawiam i czekam na więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Hmm, i chyba faktycznie wkradło mi się trochę powtórzeń. Postaram się to poprawić.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Hej! Wesołych Świąt!
    Rozdział był ciekawy. W sumie, nie tego się spodziewałam, a już na pewno nie Asahiego jako jednej z główniejszych postaci. Lubię go, bo jest takim uroczym wielkoludem, ale jakoś mało jest ff, które robią z niego właśnie pełnoprawnego, głównego bohatera. I zaskoczyło mnie też to, że to Daichi zniknął, a z Levem wszystko wydaje się być w porządku. W ogóle, podobały mi się te wstawki o nim, o jego żarcikach i całe to sympatyczne przedstawienie. I też dość niekanoniczne (poza Daichim i Asahim) dobranie postaci. Bo Daichi i Lev tutaj, w prologu Lev i Kunimi.
    Także czekam aż więcej się wyjaśni, aż akcja się rozwinie i oczywiście mam nadzieję, że nie zrobisz Daichiemu niczego złego. Chociaż po opisie wiem, że to nie będzie takie łagodne opowiadanie i postacie będą cierpieć. (Staram się z tego powodu za bardzo nie cieszyć, bo jednak dobry, dopracowany i wciągający angst to skarb).
    Powodzenia z dalszym pisaniem, dużo wolnego czasu i od razu udanego Sylwestra!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się z elementu zaskoczenia, mam nadzieję, że nie zawiodę w dalszej części historii.
      Tak, zestawienie postaci właśnie będzie niezbyt kanoniczne, acz reszta już jak najbardziej (hn, przynajmniej po części). Cierpienia ukaże się dużo, dla każdego po trochu; wszystkim się oberwie. Nie zamierzam jednak przesadzać z dramatyzowaniem, żeby nie przedobrzyć. + uwielbiam takie wstawki, możesz się ich dość często spodziewać.
      Niemniej raduje mnie, iż opowiadanie Cię intryguje. A te życzenia bardzo się przydadzą, dziękuję. <3

      Usuń
  3. Szaczerze mówiąc, tak dawno czytałam prolog, że teraz mało co z niego pamiętam xD Ale na pewno sobie powtórzę, bo, według mnie, ten rozdział jest świetny (pomijając długość, bo zdecydowanie preferuję dłuższe). Genialne opisy (jak zawsze xD) i relacje między bohaterami. Nigdy jeszcze nie czytałam ff z Asahim w roli głównej, zresztą w ogóle nie czytałam ff o Haikyuu, więc nie mogę powiedzieć, czy pomysł jest oryginalny, ale jak na razie mi się podoba. A nawet bardziej Leva polubiłam :D
    Zastanawiam się, co jest z Daichim i dlaczego tak nagle zniknął. Poczekamy, zobaczymy. Oby nic mu się nie stało.
    Życzyłabym ci szczęśliwego Nowego Roku, ale już się zaczął, więc może: o ile praktykujesz, to spełnienia postanowień noworocznych i niezapomnianego 2017!

    A, tak btw – nazwy języków piszemy małą literą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miłe, że tak Ci się podoba. :) Z długością zawsze było u mnie kiepsko, ale powoli staram się wyrabiać w tym temacie i ustalam sobie minimalną ilość stron, które przeznaczam na rozdział; nawet pomocne. Wierz mi, gdyby Asahi nie był z charakteru ciepłą kluchą, nigdy nie przejąłby głównych skrzypiec w tej historii. :p Przyszło mi na myśl "Ach, właśnie! Przecież mam tę ofiarę losu! Będzie idealny!" i jakoś poszło. xD
      To dobrze, że polubiłaś Leva (mam nadzieję, iż to się w późniejszych rozdziałach nie zmieni :v), bo będzie jednym z ważniejszych pyszczków w tej historii. :D
      A Daichim to, liczę, was zaskoczę. :D I tak długo nie będę trzymać tego w tajemnicy.
      Spełnienie postanowień mi się przyda. Nie ma co, zapominalstwo się odzywa. XD Dziękuję ślicznie!

      Chuch? Przejeżdżam wzrokiem po tekście i faktycznie! Nie wiem, co mi się po głowie błąkało, że "angielski" jest z wielkiej. xD Dziękuję za czujność! :D

      Usuń

CREATED BY
MAYAKO
RENDERS: 1,2