niedziela, 18 czerwca 2017

2. Zrywając warstwy pierwszego wrażenia

Melancholia (2/?)

Surprise, bitches!
No bo kto by się spodziewał, co nie? Heh, zatęskniłam za tą historią, postaciami, jak i, co najistotniejsze, fabułą. Miałam już rzucić wszystko i robić własne postacie, ale uznałam za o wiele większą zabawę prowadzenie tych z haikyuu, so oto jestem.
Jeśli mnie znacie, wiecie, że ssę w dodawaniu nowych rozdziałów. Mmm, na razie jednak mam wszystko do przodu, chęci są bardzo wygłodniałe, a moja ekscytacja przekracza skalę; możecie spodziewać się częstych aktualizacji. Trochę wynagrodzę wam czekanie. ♥
Nie przedłużając, enyojcie.
______________________________

Nie mógł uwierzyć w pokłady swojego szczęścia. W końcu nie odstał na ulicy nawet piętnastu minut, a już zdołał odnaleźć współlokatora Daichiego.
Tylko, jak się potem okazało, ta radość była złudna.
– Jestem Asahi – zaczął entuzjastycznie – ten ze Skype’a – dodał szybko, dotykając się lekko po klatce piersiowej, jakby na potwierdzenie własnych słów.
Lev początkowo przyglądał mu się nieufnie, marszcząc w zamyśleniu brwi, lecz zaraz połączył fakty, a na jego twarz wpłynął wesoły, satysfakcjonujący uśmiech. Spojrzał w stronę znajomych, mówiąc do nich coś po japońsku; wnet cała trójka również się rozpromieniła, poza wciąż uważnym chłopakiem z zielonymi włosami.
Asahi odczuł wyraźną ulgę – rękawem bluzy, wystającej spod skórzanej kurtki, przetarł przepocone czoło. Najchętniej odbyłby odświeżającą kąpiel, zmywając z ramion cały brud oraz wszelkie troski. Nie mógł sobie jednak jeszcze na to pozwolić.
– Przyjechałem do Daichiego.
I w tym momencie czar chwili prysł.
Lev, dotąd odwrócony do niego plecami, zerknął w jego stronę kątem oka, by zaraz machnąć ręką ku znajomym. Ci prawdopodobnie czekali na podobny sygnał – pożegnali się i ruszyli przed siebie, szybko mijając pobliską ulicę. Tylko podejrzliwy deskorolkarz pozostał na miejscu.
Azumane wyraźnie wyczuł zgęstniałą atmosferę, postanowił ją jednak zbyć, tak samo jak wcześniej przepełnione niepokojem słowa przyjaciela, który czuł się śledzony. I przez to niedługo potem zniknął.
To był jego drugi błąd.
– Hej, Ashton – zwrócił się do niego Lev.
– Asahi – poprawił szybko.
– Tak, tak. Widzisz – zrobił dłuższą pauzę, obejmując szatyna ramieniem – bo wygląda na to, że nie wiesz.
Czego?
– No właśnie, nie wiem – podjął temat niezbyt pewnie, nie spuszczając wzroku z nieznajomego. Nie ufał mu, a ta nagła zmiana nastroju wzbudzała wątpliwości. Współlokator Daichiego jednak na obecny moment był jego jedyną nadzieją.
Nawet nie zauważył, gdy zaczęli powoli iść przed siebie; szybko chwycił rączkę stojącej nieopodal walizki, doskonale słysząc za plecami tarcie kół deskorolki o chodnik.
Spacer nie trwał długo, bowiem skończył się przy najbliższej klatce schodowej, do której we trójkę weszli, kiedy Lev wpisał odpowiedni kod.
– Zapraszam cię na herbatę. Na pewno jesteś zmęczony po podróży. – Nagłe zboczenie z tematu i zbyt wyraźna przymilność wyczuliły Asahiego; przytaknął jedynie na propozycję, naprawdę wypruty z wszelkich ponadprogramowych sił.
W ustach już czuł posmak dobrego, miętowego napoju, co tylko wzmogło pragnienie.
Gdy jechali windą, bezimienny nieznajomy stał za ich plecami, opierając cały ciężar ciała o jedną ze ścian. Deskorolkę trzymał pod pachą, chowając dłonie w głębokich kieszeniach obcisłych, materiałowych spodni. Asahiemu przypominał nieco łotra z Dzikiego Zachodu, ale chyba tylko z powodu chustki zakrywającej usta oraz nos.
Jak dotąd, oprócz jednego niezrozumiałego słowa, nie powiedział nic więcej. Sam Lev prawdopodobnie już zapomniał o jego obecności, ponieważ w ogóle nie zwracał uwagi na znajomego, może nawet dobrego przyjaciela.
On nigdy nie ignorowałby bliskiej osoby, na przykład Daichiego, ale chyba nie powinien urządzać na ten temat wywodów, skoro dopuścił do obecnej sytuacji...
Złapał oburącz uchwyt walizki i obserwował migające na panelu numerki, odpowiadające poszczególnym piętrom. W tej chwili czuł się niemal jak w kraju, no, może gdyby nie najwyraźniej cięty na niego Japończyk, który chuchał mu w kark.
W mieszkaniu został obdarzony pobłażliwym uśmiechem gospodarza, kiedy zapomniał ściągnąć buty w przedsionku – musiał szybko wrócić, by potem dogonić towarzystwo w samych skarpetkach.
Po tym incydencie spojrzenie chłopaka o zielonych włosach stało się jeszcze bardziej natarczywe.
Cisza ociekała napięciem, gdy Asahi próbował wygodnie umościć pośladki na jednej z poduszek rozstawionych wokół płaskiego, niskiego stolika, umiejscowionego w samym centrum salonu. Siedzący naprzeciw niego Japończyk wstał po dłuższej chwili, wcześniej informując o czymś Leva, który tylko skinął głową, ponownie skupiając uwagę na zagranicznym gościu.
Azumane zorientował się, że chłopak zapewne poszedł do łazienki, sądząc po szumie odkręconej wody.
– Nie zwracaj uwagi, ma trudny charakter. – Machnął ręką w kierunku, gdzie zniknął deskorolkarz. – To czego się napijesz? Herbaty, a może kawy, soku? – spytał, opierając zgięty łokieć o kolano, by ułożyć policzek na wewnętrznej stronie dłoni.
– Herbaty – odpowiedział bez zastanowienia, po czym zreflektował się, zaglądając do jednej z mniejszych kieszeni plecaka leżącego tuż obok (walizkę zostawił w korytarzu). – Z tym, gdybym mógł prosić – dodał nieśmiało, wyciągając w stronę chłopaka mały pojemniczek listków mięty. – Trzy w zupełności wystarczą.
Współlokator Daichiego odebrał pakunek, tylko grzecznie unosząc kąciki ust, i zniknął w innym pomieszczeniu.
Z nieznanych powodów, Asahiemu nie spodobał się ten uśmiech.
Po krótkiej chwili w progu salonu zawitał Japończyk – tym razem bez chustki zakrywającej połowę twarzy.
Niemal podskoczył na swojej poduszce, gdy stanął oko w oko z całkowicie odkrytym licem znajomego Leva. Chłopak miał bardzo bladą cerę i... i chyba była to jednak dziewczyna.
Speszył się lekko, mimowolnie spuszczając wzrok na blat drewnianego stolika. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek pomyli płeć kogokolwiek, ale w tym kraju wszyscy byli do siebie przerażająco podobni. Prawdopodobnie dlatego starali się wyróżniać z tłumu na tyle niezwykłych sposobów.
Zielone włosy przeciągnięte zostały za ucho, przez co wyraźnie widział wąskie, kawowe oczy, które uparcie wypalały dziurę w jego lewym profilu. Okraszały je długie i grube, czarne rzęsy, mocno odznaczające się na niemal alabastrowym ciele. Musiała naprawdę nie lubić promieni słonecznych.
Asahi chrząknął cicho, nieświadomie, kiedy Japonka zajęła poprzednie miejsce i mocno zgarbiona, w zupełnie męskiej pozie, zaczęła przeglądać własną komórkę.
Sytuacja wydawała się niezręczna tylko dla jednej strony i Azumane podświadomie wiedział, że robił problemy z niczego, ale nawet nie znał jej imienia, dlatego czuł się bardzo nieswojo. Nie miał jednakże pewności czy to właśnie on powinien rozpocząć rozmowę, czy może jednak dalej biernie czekać na jakikolwiek ruch ze strony kobiety, choć żaden do tej pory nie nadszedł.
W pewnej chwili tuż przed jego nosem pojawiła się smukła dłoń o długich, zakrzywionych palcach z równo obciętymi, pomalowanymi na turkus paznokciami.
– Kunimi. – Usłyszał – zamrugał dla pewności.
– Asahi – odpowiedział szybko, delikatnie uścisnąwszy podaną dłoń; w przypływie adrenaliny przysunął ją nieco bliżej warg, by z szacunkiem ucałować wystające kostki.
Brwi Japonki uniosły się tak wysoko, że aż zniknęły za jasnozieloną grzywką, która z powrotem opadła jej na oczy, aż do nosa.
– To... jest twoje nazwisko? – spytała powoli, najwyraźniej całkowicie zbita z pantałyku. Czyżby w ich stronach nie całowano kobiet w dłoń na przywitanie?
Zaraz.
Zrozumiał, co powiedziała. A wątpił, by w ciągu ostatniej godziny nauczył się jakiegokolwiek japońskiego słowa: czyli znała angielski. Choć musiała trochę popracować nad akcentem.
– Nie, imię. Asahi Azumane – dodał po chwili, uśmiechając się do niej lekko.
Nie zdołali odezwać się więcej, bo do salonu wszedł Lev z tacką przekąsek i kubków herbaty.
– Poznaliście się wreszcie? – zapytał zaciekawiony, zdając sobie sprawę z dochodzących odgłosów rozmowy. – To fantastycznie! – dopowiedział, nim którekolwiek z nich chociażby ponownie otworzyło usta. – Kuni to świetny gość, wierz mi, Ashton. – Mocno poklepał zdumiałego Asahiego w plecy, aż ten odchylił się bardziej w przód. – Przy nowych jest trochę dziki, no i niezbyt lubi nietutejszych, ale naprawdę, złoty z niego chłopak. – Uśmiechnął się szeroko.
Chłopak.
Chłopak?
– O rany, coś tak zbladł? – spytał błyskawicznie Lev, od razu przechylając głowę w stronę skulonego Azumane, który w tej chwili cały oniemiały konfrontował się z wąskimi, kawowymi oczami największej niespodzianki swojego życia.
Na dodatek bardzo podirytowanej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

CREATED BY
MAYAKO
RENDERS: 1,2