niedziela, 9 lipca 2017

3. Kłamiąc w żywe oczy

Melancholia (3/10)

Tym razem nie mam zbyt wiele do powiedzenia, po prostu cieszę się, że publikuję tak szybko. Jestem właśnie w trakcie pisania rozdziału piątego i idzie mi niezgorzej, więc mam dobry humor.
Przyjemnego czytania.
______________________________

Smak miętowej herbaty okazał się nieco inny niż ten, który znał z Australii, gdy śmiech Leva rozbrzmiewał po całym mieszkaniu.
Mocno zażenowany wywołaną przez siebie sytuacją, wykorzystał okazję prawie płaczącego chłopaka, by dokładniej obejrzeć salon. Nie zdziwiły go wszędzie porozwieszane ramki ze zdjęciami Daichiego odwiedzającego najróżniejsze zakątki Japonii. Uwielbiał pozować, co Asahi bardzo często wykorzystywał jeszcze w kraju, kiedy podpici wracali z całonocnych imprez, uwieczniając ich marne próby trafienia do domu na rozmazanych fotografiach.
Mimowolnie pozwolił ogarnąć się delikatnej melancholii, dłużej zatrzymując wzrok na imponująco idiotycznej minie Sawamury, do którego policzka dociskała się skroń Leva z równie komicznym wyrazem twarzy. Obaj wystawiali języki i robili zeza.
– Ale żebyś pomylił Kuniego z babką... – Gospodarz ledwo łapał oddech. – Tego jeszcze nie grali! – Ogarnięty rozbawieniem, uderzył otwartą dłonią w kolano.
I choć Levowi było bardzo do śmiechu, a Asahi prawie płonął w speszeniu, podirytowany Kunimi żarliwie naciskał klawisze dotykowego ekranu, uparcie udając, że nie istnieli. Gdyby było to możliwe, zapewne z jego uszu ulatywałaby para – spiętymi mięśniami i bardziej przymrużonymi niż zwykle oczami otwarcie pokazywał, jak mocno został rozzłoszczony.
Azumane trochę podłamał ten widok, bo i tak zdawał się być kandydatem do wylądowania na jego czarnej liście, a tym niefortunnym incydentem prawdopodobnie tylko przyspieszył proces.
Zdecydowanie zrobił złe wrażenie; zachciało mu się być dżentelmenem.
– Tak bardzo cię przepraszam! – Gdy Lev wreszcie przestał parskać śmiechem, zwietrzył szansę na wyprostowanie sytuacji: – Chciałem być tylko uprzejmy, naprawdę nie miałem pojęcia, że jesteś chłopakiem. Kiedy zdjąłeś tę chustkę... Wy wszyscy jesteście do siebie tak przerażająco podobni, uch, to... – Zaczął się plątać, więc nerwowo przeczesał karmelowe loki. – Bardzo, bardzo przepraszam. – Zacisnął powieki i zwiesił głowę, układając dłonie jak przy modlitwie.
Nastąpiła cisza, a po niej krótkie westchnięcie, w akompaniamencie którego dało się usłyszeć ciche „gaijin”. Chyba musiał przy najbliższej okazji sprawdzić, co to dokładnie znaczy.
– Jesteś nietutejszy, więc ci daruję – odpowiedział powoli Kunimi.
Asahi myślał już o prawdopodobnym podfrunięciu do góry na skrzydłach euforii.
– Ale to nie znaczy, że cię polubiłem – dodał zaraz dość niemiło.
Cóż, jak prędko by wzleciał, tak szybko też obiłby sobie głowę, uderzając nią w sufit.
W mieszkaniu rozbrzmiał dzwonek telefonu.
– Panienki wybaczą – zażartował Lev, wstając. Na korytarz odprowadziło go mocno nieprzychylne spojrzenie kolegi.
Azumane zdążył jeszcze usłyszeć stłumione „Moshi-moshi?”, nim chłopak z komórką przy uchu zasunął ekranem shoji wejście do salonu i odszedł parę kroków.
Gdy ponownie spojrzał w stronę deskorolkarza, ten akurat odpalał papierosa wyjętego z małej, mocno pogniecionej paczki.
Wykorzystał chwilę nieuwagi, by lepiej mu się przyjrzeć – wąskie, płaskie usta, sięgające podbródka włosy, które na potylicy stroszyły się ku górze (gdzieniegdzie wychwytywał pomarańczowe pasemka), mały, prosty nos. Rysy twarzy Kunimiego były bardzo delikatne, niemal kobiece; mógł pokusić się o stwierdzenie, że posiadał androgyniczny typ urody. Dlatego tak łatwo dał się zmylić. Zwłaszcza przez głos niebędący wyraziście niski czy krzykliwie wysoki: na pewno cichy, opanowany oraz bezproblemowo używany przez dziewczynę, jak i chłopaka.
Mimo to, rysujące się mięśnie ramion lub szeroka klatka piersiowa – uwydatnione dopiero, kiedy ściągnął bluzę, ukazując podkoszulek pozbawiony rękawów – jasno mówiły o przynależeniu do męskiej części populacji.
W Asahim jednak największy podziw wzbudzały jego oczy: małe, wąskie, w kształcie migdałów, o mocno intensywnej, kawowej barwie. Nigdy nie widział chociażby podobnych tęczówek; był głęboko przekonany, że nieważne, w ile japońskich czy azjatyckich twarzy by spojrzał, drugich takich nie znajdzie.
Dym nikotynowy szybko rozprzestrzenił się wokół obydwojga, obijając o ściany oraz pozamykane okna, by z powrotem zataczać kręgi.
Kunimi wpatrywał się teraz w niego wnikliwie, ale robił to w bardziej przyjazny sposób, niż jeszcze kilka chwil temu. Co jakiś czas przechylał delikatnie głowę, ocierając kostki dłoni, w której trzymał papierosa, o swój policzek. Wyglądał przy tym niemal anielsko, jeśli w ogóle takie porównanie było na miejscu.
Asahiemu zdawało się, że obraz palacza coraz bardziej się oddala – co oczywiście nie następowało, jednakże silne przeświadczenie, kiełkujące gdzieś z tyłu głowy, było zbyt intensywne, żeby móc je zignorować. Czuł się jak intruz: niegodziwiec, już samym wzrokiem naruszający całą sakralność tej chwili.
Towarzystwo Japończyka zdecydowanie wprawiało w silne zakłopotanie.
Na szczęście Lev szybko wrócił: zadowolony ponownie rozsiadł się na swojej poduszce, schowawszy wcześniej komórkę do tylnej kieszeni spodni. Chyba chciał też coś powiedzieć, ale Kunimi okazał się szybszy:
– Kiedy wyjeżdżasz, Azumane-san?
To było trochę niegrzeczne.
– „Azumane... -san”? – powtórzył niepewnie, zdziwiony usłyszeniem własnego nazwiska.
Lev, dostrzegając jego skołowanie, postanowił sprostować:
– Jak już wspominałem, nie zwracaj uwagi. Kuni nie lubi przyjezdnych, poza tym do każdego zwraca się w ten sposób. Nawet do mnie – dopowiedział z doskonale wyczuwalnym wyrzutem.
– Haiba-san – upomniał go deskorolkarz, leniwym ruchem gasząc niedopalonego papierosa w pobliskiej popielniczce.
– O, sam słyszysz. – Potrząsnął ramieniem Asahiego, po czym kontynuował: – Ale ja lubię się odwdzięczać, mówiąc do niego po imieniu. Gdy nazwiesz go Akirą, jest gotów zrobić wszystko, bylebyś tylko powrócił na stopę formalną – mruknął, odważnie wytrzymując groźne spojrzenie kolegi.
Azumane zapewne nie zrozumiałby dokładnego przekazu, gdyby nie wiecznie słyszane od Daichiego ciekawostki o japońskich zwyczajach. Rozmowę na ten temat przeprowadził kilka miesięcy wcześniej, tuż przed egzaminami. Siedział przy ekranie laptopa ze zwieszoną głową i nieumytymi włosami, wyglądając jak siedem nieszczęść. Żalił się ciągle na wykładowców, a Sawamura, pchnięty troską, postanowił przejąć pałeczkę, by opowiedzieć trochę o podstawach życia w Kraju Kwitnącej Wiśni.
– Mają bardzo ciekawe zwroty grzecznościowe – mówił – nazywają się sufiksami honoryfikatywnymi. – Słysząc tę nazwę, Asahi wytrzeszczył oczy w przerażeniu, sprawiając, że przyjaciel parsknął cicho. – Nie bój się, rzadko kto je tak nazywa. – Machnął ręką. – To po prostu przyrostki dołączane do nazwisk i imion. Takie nasze zdrobnienia albo zwroty „pan” czy „pani”.
Zaciekawił go temat; było to przyjemne doświadczenie po ciężkim, meczącym dniu na uczelni, a dodatkowo z taką wiedzą mógł imponować innym.
– Najważniejsze jest jednak – dodał jeszcze, gdy powoli zaczynali kończyć, by położyć się spać – żeby mówić do wszystkich po nazwisku. To trochę odwrotnie, jak u nas, bo tutaj niemal obraźliwym jest nazwanie kogoś po imieniu, jeśli nie łączą cię z tą osobą bliższe relacje.
– A co, dostałbym w twarz? – spytał żartobliwie, przez co Daichi spróbował zamaskować rozbawienie pobłażliwym uśmiechem. Nie wyszło mu.
Asahi przymknął na chwilę powieki, a kiedy mgiełka wspomnień zniknęła z jego oczu, postanowił odpowiedzieć Kunimiemu:
– Wiem, że na pewno chciałbyś, by stało się to jak najszybciej, ale dopóki nie porozmawiam z Daichim twarzą w twarz, nie wyjadę.
Po tych słowach zapadła całkowita cisza. Trwała jednak krótko, bo Lev, pchnięty nieoczekiwanym czarnym humorem, postanowił powiedzieć:
– No, więc chyba zostajesz na stałe, co?
Nie spodobał mu się ten żart.
– Rany, patrzysz na mnie teraz jak Kuni – skomentował, przerywając kontakt wzrokowy z szatynem.
– Co masz przez to na myśli? – spytał, ignorując jego ostatnie słowa. Musiał coś wiedzieć, skoro odzywał się w ten sposób. – Gdzie jest Daichi? Czemu bez słowa zniknął?
Lev nabrał powietrza w płuca, po chwili wypuszczając je nosem.
– Słuchaj, naprawdę mogę ci wszystko wyjaśnić – potarł kciukami czoło, gdy mówił – ale wybrałeś sobie na to bardzo nieodpowiedni dzień.
Asahim wezbrała irytacja, lecz nim cokolwiek zrobił, Haiba kontynuował:
– Dzisiaj są urodziny jednego z naszych przyjaciół. – Wskazał komórkę, przez którą niedawno rozmawiał. – Niedługo wychodzimy je uczcić. Po nich powiem to, co wiem, okej?
Czuł, że znalazł się w patowej sytuacji – i najlepszym rozwiązaniem, które mógł obecnie podjąć, było przystanie na ten warunek.
Niestety popełnił kolejny błąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

CREATED BY
MAYAKO
RENDERS: 1,2